W ramionach samej śmierci tkwię jak dama,
Ładna, zadbana, uczesana.
Myślałam, że ktoś mi w tym pomoże.
Pozostaje mi jedynie wołać: „O Boże!”
Jak byłam młodsza to miałam marzenie,
By poczuć na szyi czyjeś westchnienie.
A teraz jest cisza.
Nic nie słychać.
Teraz nawet ja nie mogę oddychać.
Gdy odpływam powoli w tej smutnej otchłani,
Myślę o Tobie, tak mi kazali.
To miłość? To zależność.
To oni będą się pytać o twoją niepewność.
To Ty będziesz płakać za każdym razem,
Jak prawdziwa twarz ukaże się za obrazem.
Teraz to już nicość.
Nie ma żadnego dźwięku.
Teraz pewnie jesteś pełen lęku.
Bo gdy zobaczysz łoże, gdzie moja twarz już biała,
Z tobą się stanie jak natura chciała.
