Smutek zamieszkał we mnie bez pytania,
przyniósł walizkę pełną listopadowych wieczorów.
Najpierw zajął tylko krzesło przy oknie,
potem powiesił ciszę na ścianach,
zasłonił lustra oddechem,
zgasił światło w najcieplejszym pokoju,
aż przestałam pamiętać, jak wyglądał przed nim dom.
Teraz przestawia moje wspomnienia,
ustawia najboleśniejsze najbliżej serca,
a szczęśliwe chowa na wysokich półkach,
żebym musiała wspinać się po nie nocami,
kalecząc dłonie o dawne lata.
Czasem słyszę, jak melancholia chodzi po korytarzu,
w kapciach uszytych ze starego deszczu.
Nie mówi nic,
bo zna wszystkie moje odpowiedzi.
Chciałabym kiedyś otworzyć szeroko okna,
lecz boję się, że razem ze smutkiem odejdzie część mnie.
Tak długo mieszkamy pod jednym dachem.
Może dlatego moje serce skrzypi nocami,
jak dom, który nauczył się tęsknić za własnym światłem.
