Deszcz dudni swoje tętno w parapet
słońce przestawia meble od nowa
i purpurową łunę nad światem
jakby ktoś drżącą ręką malował
w otwartym oknie woń mokrej ziemi
zapach ten wszystkie refleksje spowił
wieczór jak obcy duch stał się niemy
wędrowne ptaki rwą się do drogi
a gdy ze stołu ostatni promień
spłynie pod nogi wpół nasycony
czas sobie całą resztę dopowie
o tych co już go nie mogą gonić
więc nienachalne daje poczucie
że tak naprawdę nic nie trwa wiecznie
i zanim wrzesień zdąży stąd uciec
pozwala cieszyć się barwnym zmierzchem
