Teraz w czterech ścianach siedzę wpatrzona w pustkę jak malarz na puste płótno, i marzę
Marzę o snu głębokim jak ocean bez dna co brzegu nie zna,
Gdzie czas nie płynie, lecz unosi się w powietrzu jak mgła
nagła śmierć cicha jak oddech porannego wiatru,
rozpieszchłaby moje zmartwienia niczym piórka,
rozplynalabym sie w swietle poranka, znikając w nieskończoności jak kropla w oceanie,
obudzić się w obłokach miekkich niczym wspomnienia z dziecinstwa,
w szacie utkanej z bawełnianych promieni księżyca, przeszytej nicią harmonii, która nigdy sie nie przerwie,
ach jakże piękna bylaby taka śmierć,
jak kolysanka spiewana przez gwiazdy,
jak sen z ktorego nie chce się budzić
