Daniił Łaźko
MANIERKA
gawęda wierszem
oryginał polski · analiza literacka
Tuapse, 17 października 2026 r.
Manierka
Od rana deszcz nie ustał i trakt, co pod lasem
Biegnie ku cmentarzowi, rozmókł tak, że czasem
Grzązł wóz po same osie; taka była chlapa,
Że pod karczmą stanęła sama Maćka szkapa.
Wszedł potem, przygarbiony; strząsnął czapkę w sieni
I od progu ogłosił, że dość ma jesieni,
Bo w taką porę, mówił, chodzą tylko żaby
I dziad, co, jak sam przyznał, na rozum jest słaby.
W izbie pachniało dymem i mokrym kożuchem;
Karczmarz, choć niby drzemał, łowił wszystko uchem.
Na ścianie, przy zegarze, wisiała ostroga
Bez pary — po kimś, komu urwała się droga.
Przy oknie siedli młodzi — wracali z jarmarku.
A jeden, syn młynarza, miał czapkę na karku
I prawił, jak to w wojsku byle chłopak z wioski
Wraca z krzyżem na piersi i bez żadnej troski.
— A wy, panie Macieju — zagadnął go Józek —
Gdzie złoto? Bo coś widzę chabetę i wózek!
Zarechotali młodzi. Maciej, kręcąc wąsa,
Rzekł: — Z wojny mam pchłę jedną, co do dziś mnie kąsa.
Wtrącił karczmarz, co w życiu nigdy nic nie traci:
— Ja tam wiem jedno: wojsko pije, a nie płaci.
Lecz Józek nie ustąpił: — A bitwy? A sława?
Toż wojna dla młodego to tylko zabawa!
— Zabawa? Pewnie — mruknął — człek brodził po błocie
Jak dziś moja kobyła, i nie w żadnym złocie.
Tak bywało i dawniej: kto zaczął o bitwie,
Ten słyszał o kartoflach albo o modlitwie.
A przecież wie tu każdy, że prawa mu ręka
Nie z wieku zesztywniała, choć Maciej nie stęka.
Pod krzyżem tuż za karczmą przystaje bez czapki
I stoi, aż mu z wąsów spłyną deszczu kapki.
Za kim — tego nikt z naszych do dziś nie odgadnie;
Mógłbym coś zmyślić ładnie, lecz kłamać nieładnie.
A Józek, jak to Józek, nie dawał spokoju:
— Wy chyba, dziadku, nigdy nie byliście w boju!
Wtedy dopiero Maciej sięgnął po tobołek,
Co leżał obok niego, rzucony pod stołek;
Rozsupłał węzeł lewą ręką, nie bez trudu,
Wyjął z niego manierkę, zszarzałą od brudu.
Pogięta, w starym filcu, z korkiem na rzemyku,
Z napisem wydrapanym w nie naszym języku.
Józek chciał zażartować, lecz urwał w pół słowa,
Bo stary ją obracał w palcach wciąż od nowa.
— I ja śniłem o krzyżu, kiedy byłem młody —
Rzekł. — A z wojny pamiętam, że chciało się wody.
Szli trzecią dobę, mówił — łąki, kartofliska —
Lało tak, że i nocą nie było ogniska.
Konie padały z głodu; ktoś krzyczał rozkazy,
Których nikt nie dosłyszał nawet po trzy razy;
Szedł z nim kum jego, Michał, rudy, piegowaty,
Co żartował, że wróci do domu bogaty.
Pod wieczór ktoś z olszyny strzelił raz i drugi,
I Michał usiadł w rowie, gdzie płynęły strugi.
Kolumna szła. I Maciej szedł dalej przez pole,
Nim zawrócił w ciemności — w śmierć albo w niewolę.
Czemu wrócił, pytałem. Machnął ręką zdrową:
— Bo Michał miał mój tytoń — i pokręcił głową.
Znalazł go po omacku: Michał, cały w glinie,
Bał się tylko, że fajka w rowie mu zaginie.
Ciągnął go przez zagony, przez bruzdy i grudy,
A Michał ważył tyle, co wór, choć był chudy;
Upadł z nim ze dwa razy, i ręce mu drżały,
I tam, gdzie szła kolumna, ucichły już strzały.
Wtem z ciemności ktoś wyszedł i stanął na miedzy —
Po płaszczu z tamtej strony; tyle naszej wiedzy.
Maciej z rannym na grzbiecie, obcy z bronią, w mroku...
Tamten wolno karabin opuścił przy boku.
Wziął Michała za nogi; nieśli go po nocy
Pod dach pustej chałupy, bez innej pomocy.
Obcy poił z manierki ostrożnie, po łyku,
Choć jeszcze tego rana szli w przeciwnym szyku.
Spojrzeli raz na siebie, jak sąsiad z sąsiadem;
Wstał, zostawił manierkę i zniknął za sadem.
Jak się zwał — nie zapytał. A tamte litery
Nic mu nie powiedziały: kresek ledwie cztery.
— A Michał? — spytał karczmarz. — Doniosłem. Do domu.
I więcej już nie mówił o tym nic nikomu.
Cicho było, aż słychać, jak z okapu kapie
I jak koń na podwórzu tupie, parska, chrapie.
Józek otworzył usta i zamknął z powrotem —
Nie rzekł nic, ani wtedy, ani długo potem;
Przeszedł tylko od okna do Maćkowej ławy
I przysunął staremu miskę ciepłej strawy.
Zjadł, a potem manierkę znów owinął w szmatę
I sięgnął do kieszeni po grosz na zapłatę.
— Znowuście przypalili kapustę — rzekł stary. —
A herbata wystygła, ani śladu pary.
Karczmarz dolał mu wrzątku i — rzecz niesłychana! —
Nie policzył ni grosza. Maciej wstał. — Do rana
Kobyła nie postoi; takie drogi — wiecie;
Gorszych ja nie widziałem, a byłem po świecie.
Wyszedł. Kobyła, mokra, trąciła go w ramię;
Zaprzągł ją jedną ręką — widziałem, nie kłamię.
Siadł, cmoknął; wóz się zachwiał i ruszył z podwórza
Przez bramę, gdzie od zawsze stała ta kałuża.
Staliśmy z Józkiem w progu, a deszcz siąpił drobny;
Trakt, mokry, lśnił w ciemności, do rzeki podobny.
Ja sam z tej pchły się śmiałem najgłośniej, przyznaję;
Teraz patrzyłem tylko, czy przy krzyżu staje.
Czy stanął — nie dojrzałem. Słyszałem jedynie,
Jak w tobołku manierka stuka, a wóz płynie;
Szło to w mrok, coraz ciszej, a trwało niemało,
Aż przy krzyżu ucichło. Albo mi się zdało.
Analiza literackaGatunek i forma
„Manierka” jest gawędą wierszem — opowieścią snutą przez miejscowego narratora, który zna bohaterów, ich obyczaje i drogę, po której jeżdżą. Utwór liczy 104 wersy ułożone w dwadzieścia sześć czterowierszy o rymach parzystych AABB. Miarą jest polski trzynastozgłoskowiec ze stałą średniówką po siódmej sylabie (7+6) i żeńską klauzulą — ten sam wiersz, którym napisano „Pana Tadeusza” i wiele gawęd Syrokomli. Średniówka niemal zawsze pokrywa się z granicą składniową, dzięki czemu wers oddycha jak naturalne zdanie mówione, a nie jak forma narzucona opowieści.
Rymy rzadko opierają się na samej końcówce fleksyjnej; zwykle obejmują rdzeń wyrazu, a często łączą różne części mowy — „żaby” i „słaby”, „ręka” i „stęka”, „glinie” i „zaginie”, „wąsa” i „kąsa”. Nawet tam, gdzie rymują się dwa rzeczowniki — „ostroga” i „droga”, „Józek” i „wózek” — współbrzmienie wynika z rdzenia, a nie ze wspólnej końcówki. Rym ma podtrzymywać tok opowiadania, a nie nim kierować.
Kompozycja
Utwór rozwija się w ośmiu wyraźnych, choć nienazwanych etapach. Najpierw wejście w świat: deszcz, rozmokły trakt, szkapa, która sama staje pod karczmą. Potem rozmowa: młodzi wracający z jarmarku i syn młynarza z czapką na karku, przekonany, że z wojny wraca się z krzyżem na piersi i bez żadnej troski. Następnie unik: Maciej odpowiada żartem o pchle, a narrator przypomina, że kto zaczynał z nim o bitwie, słyszał o kartoflach albo o modlitwie.
Punktem zwrotnym staje się przedmiot — manierka wyjęta z tobołka. Dalej przychodzi wspomnienie przemarszu kolumny, ranny Michał, decyzja Macieja, by po niego zawrócić, spotkanie z nieznajomym, a wreszcie powrót do karczmy, cisza i gest Józka. Zakończenie jest obrazem dźwiękowym: stukanie manierki w odjeżdżającym wozie cichnie przy krzyżu — „albo mi się zdało”.
Każdy etap wnosi coś nowego. Opowieść nie powtarza informacji i nie zatrzymuje się na ozdobnych pejzażach: szczegóły — zapach mokrego kożucha, ostroga bez pary, odwieczna kałuża w bramie — pojawiają się w ruchu, przy okazji czynności.
Narrator i granice jego wiedzy
Narrator jest jednym z młodych, którzy tamtego wieczoru siedzieli w karczmie. Dopiero w przedostatniej strofie przyznaje: „Ja sam z tej pchły się śmiałem najgłośniej, przyznaję”. To spóźnione wyznanie przewartościowuje całą opowieść: gawędziarz nie jest mędrcem stojącym ponad zdarzeniami, lecz człowiekiem, który sam przeszedł drogę od kpiny do milczenia.
Jego wiedza jest uczciwie ograniczona. Nie wie, za kim Maciej stoi pod krzyżem — „tego nikt z naszych do dziś nie odgadnie”. Nie zna myśli bohaterów, a szczegóły wojenne przytacza z ust Macieja („Szli trzecią dobę, mówił…”). Nawet o tym, co widział na własne oczy, mówi ostrożnie; finałowe „albo mi się zdało” jest konsekwencją tej postawy. Ironia dotyka także jego samego: przyznaje, że mógłby coś zmyślić ładnie, „lecz kłamać nieładnie”.
Bohaterowie
Maciej nie jest pomnikiem. Jest uparty, zrzędzi na pogodę, wypomina karczmarzowi przypaloną kapustę i wystygłą herbatę, chwali się, że gorszych dróg nie widział, „a byłem po świecie”. Na wspomnienie wojny milknie albo obraca rozmowę w żart. Swój najważniejszy czyn — powrót po rannego towarzysza — tłumaczy najbłahszym powodem: „Bo Michał miał mój tytoń”. Bohaterstwo zostaje ukryte w trosce o tytoń, a powaga — w żarcie.
Józek, syn młynarza, uosabia młodzieńcze wyobrażenie o wojnie: krzyż, sławę, złoto. Jego przemiana dokonuje się bez słów. Nie wygłasza skruchy — przechodzi od okna do ławy i przysuwa staremu miskę ciepłej strawy. Karczmarz, „co w życiu nigdy nic nie traci”, stwierdza trzeźwo, że wojsko pije, a nie płaci — i właśnie on na końcu nie policzy Maciejowi ani grosza. Drobny gest człowieka przezornego staje się drugim, cichym echem głównego wydarzenia.
Michał i nieznajomy żołnierz należą do świata wspomnienia. Michał — rudy, piegowaty, żartujący, że wróci do domu bogaty — jest lustrzanym odbiciem Józka. Jego los pozostaje niedopowiedziany: „Doniosłem. Do domu.” — i nic więcej. Nieznajomy nie ma imienia ani twarzy. Ma płaszcz „z tamtej strony”, karabin opuszczony powoli przy boku, manierkę i cztery litery, które Maciejowi nic nie powiedziały.
Przedmioty i motywy
Manierka spina oba plany czasowe utworu. Jest przedmiotem w pełni materialnym — pogiętym, w starym filcu, z korkiem na rzemyku — a zarazem jedynym śladem człowieka, którego imienia Maciej nigdy nie poznał. Znaczy dla niego więcej niż ordery, o których marzą młodzi.
Motyw krzyża działa podwójnie. Józek mówi o krzyżu na piersi, a Maciej przyznaje: „I ja śniłem o krzyżu, kiedy byłem młody”. Tymczasem jedyny krzyż, przy którym stary żołnierz naprawdę się zatrzymuje, stoi przy drodze za karczmą. Odznaczenie i krzyż przydrożny spotykają się w jednym słowie, lecz ich znaczenia się rozchodzą — i w tym rozejściu mieści się sens całej opowieści.
Ostroga bez pary na ścianie karczmy jest cichą zapowiedzią: zostaje po kimś, „komu urwała się droga”. Nie wiadomo, po kim — tak jak nie wiadomo na pewno, co stało się z Michałem.
Woda powraca jako ironiczny kontrapunkt. Deszcz leje od rana, drogi toną w błocie, a z wojny Maciej pamięta przede wszystkim to, że „chciało się wody”. Pragnienie gasi dopiero ten, kto rano szedł w przeciwnym szyku.
Humor i melancholia
Humor jest życzliwy i skierowany ku próżności, przechwałkom i drobnym słabościom: pchła, która „do dziś mnie kąsa”, żaby i dziad „na rozum jest słaby”, kartofle zamiast bitew, przypalona kapusta. Nie dotyka cierpienia ani rannych. Melancholia nie przemawia deklaracjami, lecz przemilczeniami: tym, że o Michale Maciej „więcej już nie mówił o tym nic nikomu”, deszczem kapiącym z okapu, koniem, który niecierpliwie tupie na podwórzu.
Zakończenie
Ostatnia strofa składa się z dźwięku i wątpliwości. Narrator nie widzi, czy Maciej zatrzymał się przy krzyżu; słyszy tylko, jak manierka stuka w tobołku, a wóz płynie po rozmokłym trakcie. Dźwięk cichnie przy krzyżu — „albo mi się zdało”. Czytelnik sam rozstrzyga, czy stary człowiek przystanął, czy narrator chciał to usłyszeć. Niedopowiedzenie nie jest tu uchylaniem się od puenty, lecz jej najwłaściwszą formą.
Syrokomla i Mickiewicz w wierszuWładysław Syrokomla — punkt wyjścia
Od Syrokomli utwór przejmuje przede wszystkim bliskość zwyczajnego człowieka. Bohaterem jest ubogi żołnierz z prowincji, a sceną — przydrożna karczma, błotnisty trakt i wiejskie podwórze. Z Syrokomlą utwór łączą łagodna ironia wobec pychy i przechwałek, współistnienie humoru i smutku w obrębie jednej sceny oraz refleksja moralna wynikająca z czynów, a nie z pouczeń. Krajobraz ojczysty nie zostaje tu opisany — jest zamieszkany: przez deszcz, kałużę w bramie, krzyż za karczmą i cmentarz na końcu traktu.
Od Syrokomli pochodzi również typ narratora: gawędziarza, który zna wszystkich po imieniu, nie ukrywa, czego nie wie, i patrzy na ludzkie przywary z sympatią, choć bez złudzeń. Prawdziwa swojskość bierze się tu z poznania różnic między ludźmi — skąpy karczmarz, zarozumiały syn młynarza i zrzędliwy weteran nie są typami, lecz osobami.
Adam Mickiewicz — sztuka gawędy
Od Mickiewicza, zwłaszcza z tradycji „Pana Tadeusza”, utwór czerpie trzynastozgłoskowiec jako miarę opowieści, swobodę przechodzenia od drobiazgu obyczajowego do wspomnienia i od wspomnienia do refleksji, a także umiejętność budowania wspólnoty słuchaczy wokół opowiadającego. Mickiewiczowskie jest przekonanie, że historia narodów zostawia ślady w zwykłych przedmiotach: w ostrodze na ścianie, w manierce w tobołku, w zesztywniałej ręce.
Utwór świadomie unika naśladownictwa. Nie ma w nim sporu szlacheckiego, patriotycznych przemówień ani rozpoznawalnych formuł „Pana Tadeusza”. Wojna nie ma daty ani nazwy, armie nie mają sztandarów. Pogranicze litewsko-białoruskie obecne jest w krajobrazie i obyczaju, a nie w katalogu etnograficznych rekwizytów.
Synteza
Syrokomla daje utworowi serce i ziemię, Mickiewicz — oddech i kształt opowieści. Ich spotkanie w jednym wierszu nie jest pastiszem poezji dziewiętnastowiecznej, lecz próbą napisania współczesnej gawędy, która korzysta z dawnej tradycji, by opowiedzieć historię uniwersalną.
Sens i niepowtarzalność utworu„Manierka” nie jest poematem o bohaterskiej wojnie. Jest opowieścią o człowieku, który wojnę przeżył i po latach pamięta nie najgłośniejszy rozkaz ani efektowny wyczyn, lecz łyk wody podany przez kogoś, czyjego nazwiska nie znał. Rano ci dwaj ludzie szli w przeciwnym szyku; nocą spojrzeli na siebie jak sąsiad z sąsiadem. Utwór nie idealizuje nieprzyjaciela i nie dzieli żołnierzy na dobrych i złych. Pokazuje jedynie, że nawet w wojnie, która odbiera ludziom bezpieczeństwo i rozsądek, zdarza się prosty czyn, którego człowiek nie zapomina.
Niepowtarzalność utworu polega na tym, że jego najważniejsze znaczenia pozostają niewypowiedziane. Bohater ukrywa czyn za żartem o tytoniu, narrator ukrywa własny udział w kpinie aż do przedostatniej strofy, los Michała mieści się w trzech słowach, a imię nieznajomego — w czterech nieczytelnych literach. Nawet przemiana Józka nie zostaje nazwana: wyraża ją miska ciepłej strawy. Sens moralny nie pada z ust żadnej postaci; czytelnik odnajduje go sam, w przedmiotach i gestach.
Dzięki temu gawęda osadzona w konkretnej karczmie na pograniczu mówi o rzeczy ponadczasowej: o tym, że ludzka pamięć przechowuje nie chwałę, lecz dobro — i że to dobro bywa najcichsze ze wszystkiego, co się przeżyło.
Даниил Лазько
БІКЛАГА · МАНЕРКА
Авторские поэтические переводы гавенды «Manierka»
на белорусский язык (кириллица и латиница) и на русский язык
с заметками о переводе и о смысле стихотворения
Туапсе, 17 октября 2026 года
Белорусский перевод · кириллица
Біклага
Дождж з раніцы не сціхнуў, і ўся, ад парога
Да могілак за лесам, раскісла дарога;
Колы грузлі па восі, і шкапа Мацея
Сама стала ля карчмы — на авёс надзея.
Зайшоў потым, сутулы; з шапкі ўсё капала,
І з парога на восень лаяўся нямала,
Бо ў гэту пару, казаў, ходзяць толькі жабы
Ды дзед, што, сам прызнаўся, на галаву слабы.
У карчме пахла дымам і бульбяным духам;
Карчмар, нібыта драмаў, усё лавіў вухам.
А на сцяне вісела самотная шпора —
Таго, чыя дарога скончылася скора.
Ля акна селі хлопцы, вярнуўшыся з места;
А адзін, сын млынара, гладкі, нібы з цеста,
І плёў, што кожны хлопец, хоць з бяднейшай хаты,
З войска вернецца з крыжам, славуты й багаты.
— А вы, пане Мацею, — кінуў Юзік з лавы, —
Дзе золата? Бо бачу клячу й воз трухлявы!
Зарагаталі хлопцы. Стары, як звычайна:
— Блыху з вайны я маю — і грызе адчайна.
Карчмар, які ніколі ні грошу не траціць,
Буркнуў: — Я знаю толькі: войска п'е — не плаціць.
Ды Юзік не здаваўся: — А бітвы? А слава?
Вайна ж для маладога — то толькі забава!
— Забава? Ну а як жа! Брылі мы ў балоце,
Як шкапа мая сёння, — і не ў пазалоце.
Так і здаўна бывала: хто пачне пра бітву,
Той пачуе пра бульбу альбо пра малітву.
Ды тут усім вядома, што рука ў старога
Не ад гадоў здранцвела — і скаргаў не многа.
Пад крыжам за карчмою ён шапку здымае
І стаіць ён так доўга — дождж з вусоў сцякае.
Па кім — таго з нас ніхто не скажа дакладна;
Штосьці выдумаць мог бы, ды хлусіць — няладна.
А Юзік, як заўсёды, і не мог уняцца:
— Вы, дзеду, пры абозе ўмелі ўсё хавацца!
Тады Мацей нарэшце сягнуў у закутак
Ды з-пад лавы выцягнуў свой ільняны скрутак;
Развязаў левай вузел — марудна, з натугай —
Дастаў з яго біклагу з пацёртай папругай.
Пагнутая, у лямцы, з коркам на шнурочку,
А на сподзе — літары чужыя ў радочку.
Юзік хацеў смяяцца — і змоўк, ані слова,
Бо стары яе ў пальцах круціў зноў нанова.
— І я калісьці марыў пра крыж і адвагу, —
Сказаў. — А з вайны помню толькі адну смагу.
Ішлі трэція суткі — куды тут падзецца? —
Ліло — і ноччу нават нідзе не сагрэцца.
Падалі з ног і коні; хтось крычаў загады,
Якіх ніхто не слухаў, і не было рады.
Ішоў побач кум, Міхал, руды і вясёлы,
Што жартаваў: вярнуся багачом у сёлы.
Пад вечар нехта двойчы пальнуў з-пад альшыны,
І Міхал сеў у рове, дзе ручай з лагчыны.
Калона йшла; і Мацей брыў з ёю ўздоўж поля,
Пакуль не рушыў назад, дзе смерць ці няволя.
Нашто вярнуўся, пытаў. Махнуў ён рукою:
— Бо Міхал меў мой тытунь, — хітнуў галавою.
Намацаў яго ў цемры: той — увесь у гліне —
Баяўся толькі: люлька недзе тут загіне.
Цягнуў яго праз ніву, праз разоры, груды,
А Міхал важыў многа — бы мех, хоць быў худы;
Разы са два з ім упаў, і рукі дрыжалі,
І там, дзе йшла калона, сціхлі стрэлы ў далі.
Тут з цемры нехта выйшаў, бы прывід, без стуку —
Шынель быў з таго боку; і болей — ні гуку.
Стаялі ўдвох, ні з месца, каля частаколу,
Пакуль чужы вінтоўку не апусціў долу.
Міхала ўзяў за ногі, і ўдвух неслі ўночы
Пад дах пустой хаціны — ледзь бачылі вочы.
Чужы паіў з біклагі, у ціхім пакоі,
Хоць раніцай стаялі ў процілеглым строі.
Зірнулі, як суседзі праз мяжу на полі;
Пакінуў ім біклагу і знікнуў паволі.
Як звалі — не спытаўся. А рыскі на сподзе
Не сказалі нічога — чатыры, ды й годзе.
— А Міхал? — спытаў карчмар. — Данёс я дадому.
І болей ён пра тое не казаў нікому.
Так было ціха — чуваць: са страхі капае
І конь на панадворку тупоча, чакае.
Той Юзік, што рагатаў на ўсю карчму басам,
Не прамовіў ні слова — ні тады, ні з часам;
Перайшоў ён ад акна к Мацею на лаву
І падсунуў старому гарачую страву.
З'еў, а пасля біклагу загарнуў у шмату
Ды сягнуў у кішэню па грош на заплату.
— Капусту прыпалілі зноў, як на пажары! —
А гарбата астыла, ані следу пары.
Карчмар даліў кіпеню і — рэч нечувана! —
Ні граша не палічыў. Стары ўстаў. — Да рана
Кабыла не пастаіць; дарогі ў павеце —
Горшых не бачыў нідзе, хоць быў я па свеце.
Выйшаў. Шкапа, мокрая, мордай ткнула ў грудзі;
Запрог адной рукою — бачыў сам я, людзі.
Сеў, цмокнуў; воз хіснуўся і рушыў нядужа
Праз браму, дзе стаяла здавён тая лужа.
Мы з Юзікам — на ганку; сеяў дожджык дробны;
Тракт мокры ў цемры блішчаў, на раку падобны.
Я з той блыхі смяяўся найгучней, не скрыю;
Ці спыніцца ля крыжа — глядзеў, цягнуў шыю.
Ці стаў ён — не разгледзеў; я чуў толькі ў змроку,
Як стукае біклага ў такт конскаму кроку;
Цішэла тое ўдалі і доўга лілося,
Ажно ля крыжа сціхла. Альбо мне здалося.
Белорусский перевод · латиница (łacinka)
Bikłaha
Doždž z ranicy nie ścichnuŭ, i ŭsia, ad paroha
Da mohiłak za lesam, raskisła daroha;
Koły hruźli pa vosi, i škapa Macieja
Sama stała la karčmy — na avios nadzieja.
Zajšoŭ potym, sutuły; z šapki ŭsio kapała,
I z paroha na vosień łajaŭsia niamała,
Bo ŭ hetu paru, kazaŭ, chodziać tolki žaby
Dy dzied, što, sam pryznaŭsia, na hałavu słaby.
U karčmie pachła dymam i bulbianym ducham;
Karčmar, nibyta dramaŭ, usio łaviŭ vucham.
A na ścianie visieła samotnaja špora —
Taho, čyja daroha skončyłasia skora.
La akna sieli chłopcy, viarnuŭšysia z miesta;
A adzin, syn młynara, hładki, niby z ciesta,
I ploŭ, što kožny chłopiec, choć z biadniejšaj chaty,
Z vojska vierniecca z kryžam, słavuty j bahaty.
— A vy, panie Macieju, — kinuŭ Juzik z łavy, —
Dzie zołata? Bo baču klaču j voz truchlavy!
Zarahatali chłopcy. Stary, jak zvyčajna:
— Błychu z vajny ja maju — i hryzie adčajna.
Karčmar, jaki nikoli ni hrošu nie tracić,
Burknuŭ: — Ja znaju tolki: vojska pje — nie płacić.
Dy Juzik nie zdavaŭsia: — A bitvy? A słava?
Vajna ž dla maładoha — to tolki zabava!
— Zabava? Nu a jak ža! Bryli my ŭ bałocie,
Jak škapa maja siońnia, — i nie ŭ pazałocie.
Tak i zdaŭna byvała: chto pačnie pra bitvu,
Toj pačuje pra bulbu albo pra malitvu.
Dy tut usim viadoma, što ruka ŭ staroha
Nie ad hadoŭ zdranćvieła — i skarhaŭ nie mnoha.
Pad kryžam za karčmoju jon šapku zdymaje
I stajić jon tak doŭha — doždž z vusoŭ ściakaje.
Pa kim — taho z nas nichto nie skaža dakładna;
Štości vydumać moh by, dy chłusić — niaładna.
A Juzik, jak zaŭsiody, i nie moh uniacca:
— Vy, dziedu, pry abozie ŭmieli ŭsio chavacca!
Tady Maciej narešcie siahnuŭ u zakutak
Dy z-pad łavy vyciahnuŭ svoj ilniany skrutak;
Raźviazaŭ levaj vuzieł — marudna, z natuhaj —
Dastaŭ z jaho bikłahu z paciortaj papruhaj.
Pahnutaja, u lamcy, z korkam na šnuročku,
A na spodzie — litary čužyja ŭ radočku.
Juzik chacieŭ śmiajacca — i zmoŭk, ani słova,
Bo stary jaje ŭ palcach kruciŭ znoŭ nanova.
— I ja kaliści maryŭ pra kryž i advahu, —
Skazaŭ. — A z vajny pomniu tolki adnu smahu.
Išli trecija sutki — kudy tut padziecca? —
Liło — i nočču navat nidzie nie sahrecca.
Padali z noh i koni; chtoś kryčaŭ zahady,
Jakich nichto nie słuchaŭ, i nie było rady.
Išoŭ pobač kum, Michał, rudy i viasioły,
Što žartavaŭ: viarnusia bahačom u sioły.
Pad viečar niechta dvojčy palnuŭ z-pad alšyny,
I Michał sieŭ u rovie, dzie ručaj z łahčyny.
Kałona jšła; i Maciej bryŭ z joju ŭzdoŭž pola,
Pakul nie rušyŭ nazad, dzie śmierć ci niavola.
Našto viarnuŭsia, pytaŭ. Machnuŭ jon rukoju:
— Bo Michał mieŭ moj tytuń, — chitnuŭ hałavoju.
Namacaŭ jaho ŭ ciemry: toj — uvieś u hlinie —
Bajaŭsia tolki: lulka niedzie tut zahinie.
Ciahnuŭ jaho praz nivu, praz razory, hrudy,
A Michał važyŭ mnoha — by miech, choć byŭ chudy;
Razy sa dva z im upaŭ, i ruki dryžali,
I tam, dzie jšła kałona, ścichli streły ŭ dali.
Tut z ciemry niechta vyjšaŭ, by pryvid, biez stuku —
Šyniel byŭ z taho boku; i bolej — ni huku.
Stajali ŭdvoch, ni z miesca, kala častakołu,
Pakul čužy vintoŭku nie apuściŭ dołu.
Michała ŭziaŭ za nohi, i ŭdvuch nieśli ŭnočy
Pad dach pustoj chaciny — ledź bačyli vočy.
Čužy pajiŭ z bikłahi, u cichim pakoji,
Choć ranicaj stajali ŭ procilehłym stroji.
Zirnuli, jak susiedzi praz miažu na poli;
Pakinuŭ im bikłahu i źniknuŭ pavoli.
Jak zvali — nie spytaŭsia. A ryski na spodzie
Nie skazali ničoha — čatyry, dy j hodzie.
— A Michał? — spytaŭ karčmar. — Danios ja dadomu.
I bolej jon pra toje nie kazaŭ nikomu.
Tak było cicha — čuvać: sa strachi kapaje
I koń na panadvorku tupoča, čakaje.
Toj Juzik, što rahataŭ na ŭsiu karčmu basam,
Nie pramoviŭ ni słova — ni tady, ni z časam;
Pierajšoŭ jon ad akna k Macieju na łavu
I padsunuŭ staromu haračuju stravu.
Zjeŭ, a paśla bikłahu zaharnuŭ u šmatu
Dy siahnuŭ u kišeniu pa hroš na zapłatu.
— Kapustu prypalili znoŭ, jak na pažary! —
A harbata astyła, ani śledu pary.
Karčmar daliŭ kipieniu i — reč niečuvana! —
Ni hraša nie paličyŭ. Stary ŭstaŭ. — Da rana
Kabyła nie pastajić; darohi ŭ paviecie —
Horšych nie bačyŭ nidzie, choć byŭ ja pa śviecie.
Vyjšaŭ. Škapa, mokraja, mordaj tknuła ŭ hrudzi;
Zaproh adnoj rukoju — bačyŭ sam ja, ludzi.
Sieŭ, cmoknuŭ; voz chisnuŭsia i rušyŭ niaduža
Praz bramu, dzie stajała zdavion taja łuža.
My z Juzikam — na hanku; siejaŭ doždžyk drobny;
Trakt mokry ŭ ciemry bliščaŭ, na raku padobny.
Ja z toj błychi śmiajaŭsia najhučniej, nie skryju;
Ci spynicca la kryža — hladzieŭ, ciahnuŭ šyju.
Ci staŭ jon — nie razhledzieŭ; ja čuŭ tolki ŭ zmroku,
Jak stukaje bikłaha ŭ takt konskamu kroku;
Cišeła toje ŭdali i doŭha liłosia,
Ažno la kryža ścichła. Albo mnie zdałosia.
Русский перевод
Манерка
С утра дождило так, что тракт, ведущий к роще
И к кладбищу, раскис, и не хватало мощи
Коням тянуть возы; Мацеева кобыла
У самой у корчмы сама собой застыла.
Вошёл потом старик, — уж за окном стемнело, —
И сразу объявил: мне осень надоела,
Ведь в эту пору, мол, гуляют лишь лягушки
Да дед, такой, как он, — с соломою в макушке.
В корчме несло дымком и мокрою овчиной;
Корчмарь дремал, а сам всё слышал — с сонной миной.
Висела у часов одна, без пары, шпора —
Того, чья колея окончилась так скоро.
Сидели у окна ребята при бутылке;
А мельников сынок, в картузе на затылке,
Твердил: любой юнец, вчера ещё щербатый,
С войны придёт с крестом — весёлый и усатый.
— А вы-то, пан Мацей, — так Юзек начал смело, —
Где ж золото? Видать, лишь кляча уцелела!
Заржали парни. Ус погладив, отвечает:
— С войны блоха одна — и до сих пор кусает.
Корчмарь, что никогда своё не упускает,
Ввернул: — Солдатик пьёт, да плату забывает.
Но Юзек всё своё: — А битвы? А где слава?
Война для молодца — ведь сущая забава!
— Забава? Как же, да! Мы по уши в болоте
Брели, как кляча — вон, — никак не в позолоте.
Так было и всегда: кто заведёт о битве,
Услышит про овёс, а то и о молитве.
А ведь известно всем: не годы виноваты,
Что правою рукой не держит он лопаты.
Он у креста встаёт без шапки, за корчмою,
И мокнет там, пока с усов дождь льёт струёю.
По ком — того у нас никто не скажет точно;
Прибавить мог бы я — да не совру нарочно.
А Юзек, как всегда, не унимался, право:
— Вы, дед, небось, в тылу всё прятались лукаво!
Тогда-то и Мацей полез рукой к котомке,
Лежавшей под скамьёй на брошенной соломке;
Он узел развязал лишь левою, не сразу,
Манерку вынул он, немытую ни разу.
Помятая, в сукне, и пробка на шнурочке,
На донышке — черты, чужие, в ровной строчке.
А Юзек, хохотнув, осёкся на полслове:
Ведь старый всё вертел её, нахмурив брови.
— И мне мечтался крест, когда я был так молод, —
Сказал он. — А с войны я помню жажду, холод.
Шли третьи сутки, мол, — поля, и ни жилища, —
Лило так, что и в ночь не тлело ни кострища.
Валились кони с ног; кричали приказанья,
Которым ни один не придавал вниманья;
Шёл рядом кум, Михал, — чубатый, конопатый,
Шутил, что, мол, домой вернётся он богатый.
Под вечер из кустов пальнули дважды справа,
И сел Михал в траву, где пенилась канава.
Колонна шла. И шёл Мацей вперёд, по полю,
Пока не повернул — на гибель иль в неволю.
Спросил я: для чего? Старик махнул лишь вяло:
— Табак-то мой, — сказал, — остался у Михала.
Нашёл его впотьмах: Михал — весь в рыжей глине —
Боялся одного: что трубку скроет тина.
Тащил его, как мог, всё с кочки да на кочку,
А тот тяжёл, как куль, — и всё-то в одиночку.
Он раза два упал, и руки задрожали,
А там, куда ушли, уж выстрелы стихали.
Вдруг тень из темноты шагнула — и застыла;
Шинель — с той стороны; и это всё, что было.
Стояли двое так — и долго взгляд их длился,
Пока ружейный ствол чужой не опустился.
Тот ноги подхватил, и так, вдвоём, средь ночи
Внесли под кров пустой избы — что было мочи.
Чужак поил его водой из фляги тихо,
Хоть утром каждый нёс другому только лихо.
Переглянулись, как соседи, стоя рядом;
Оставил флягу им — и скрылся там, за садом.
Как звали — не спросил; а буквы те — четыре —
Молчали, как и он, тот, что в чужом мундире.
— А что Михал? — спросил корчмарь. — Донёс я. В хату.
И больше никому — ни другу и ни брату.
Так тихо, что слыхать, как с крыши дождь стекает
И конь во тьме двора копытом бьёт, вздыхает.
А Юзек, что над ним всех громче насмехался,
Ни слова не сказал — и долго нем остался;
Прошёл лишь от окна, к Мацею сел на лавку
И сам он старику подвинул щей добавку.
Поел; манерку вновь укутал он в тряпицу
И грош полез искать — платить хоть за водицу.
— Капусту вы опять спалили до угара, —
А чай — что лёд: над ним ни облачка, ни пара.
Корчмарь налил ещё, — и, чудо, без расчёта.
Мацей поднялся: — Ждать кобыле неохота
До света; а пути у нас такие, дети, —
Каких не видел я нигде на белом свете!
Он вышел. Ткнулась в грудь кобыла; он ей сбрую
Одной рукой надел — я видел сам, не вру я.
Сел, чмокнул; воз, скрипя, качнулся — и наружу,
В ворота — прямо в ту, извечную их лужу.
Мы с Юзеком — в дверях; и моросил дождь дробный;
Тракт мокрый в темноте блестел, реке подобный.
Я, каюсь, громче всех смеялся над блохою;
Теперь следил, привстав, за ним, за тьмой ночною.
Не видел — встал ли он; лишь слышал за оврагом,
Как в узелке стучит манерка — шаг за шагом;
Всё тише, всё во тьму — и долго раздавалось,
Затихло у креста. А может, показалось.
Авторские поэтические версии
Оба перевода выполнены автором польского оригинала и задуманы не как подстрочник, а как самостоятельные поэтические версии одной и той же гавенды. Автор, переводящий себя сам, вправе делать то, что постороннему переводчику обычно не позволено: менять бытовую фактуру ради живости речи, если сохраняются сюжет, характеры, интонация рассказчика и нравственный центр. Каждое такое отступление сделано сознательно и названо ниже.
Во всех трёх языках сохранены объём и строфика оригинала — 104 стиха, 26 четверостиший с парной рифмовкой AABB и сплошными женскими окончаниями. Слоговой состав каждой строки и положение цезуры проверены построчно.
Белорусская версия «Біклага»
Белорусский перевод написан тем же размером, что и польский оригинал: тринадцатисложник с цезурой после седьмого слога (7+6). Слоговая схема оригинала — число слогов и место цезуры — сохранена полностью. Но белорусское ударение свободно, то есть не закреплено за определённым слогом, поэтому почти в двадцати строках седьмой слог оказывается ударным и цезура становится мужской. Белорусская силлабика это допускает, однако ритм цезуры здесь отличается от польского, где она везде парокситоническая.
Название «Біклага» — давнее белорусское слово для дорожной фляги, сосуда, который брали в путь и на войну. Слово конкретно, исторически убедительно и не раскрывает заранее нравственной развязки.
Основные авторские отступления от польского текста: в корчме пахнет не мокрым кожухом, а «бульбяным духам»; шкапа останавливается у корчмы, потому что у неё «на авёс надзея»; сын мельника — «гладкі, нібы з цеста»; блоха с войны «грызе адчайна»; насмешка Юзика звучит как «пры абозе ўмелі ўсё хавацца»; военный дождь передан репликой «куды тут падзецца… нідзе не сагрэцца»; незнакомец выходит из темноты «бы прывід, без стуку»; молчание Юзика выражено контрастом «рагатаў на ўсю карчму басам» — «ні тады, ні з часам»; в финале біклага стучит «ў такт конскаму кроку». Пауза польского «Doniosłem. Do domu.» стала более гладким «Данёс я дадому» — это названная потеря.
Белорусская латиница
Белорусский перевод дан также в латинской записи — в классической белорусской латинице (łacinka). Мягкость согласных передаётся знаками ś, ź, ć, ń, dź; твёрдое «л» — буквой ł, мягкое — l; «ў» — буквой ŭ; ассимилятивная мягкость внутри слова отмечена так, как это принято в классической норме (ścianie, śviecie, źniknuŭ, siońnia); предлоги, как и в кириллическом тексте, оставлены без знака мягкости. Латинский текст — транслитерация кириллической версии, а не отдельная редакция: слово в слово и строка в строку он совпадает с «Біклагай».
Русская версия «Манерка»
Русский перевод написан шестистопным ямбом с цезурой после третьей стопы и сплошными женскими окончаниями. Это классический русский эквивалент польского тринадцатисложника: стих также насчитывает тринадцать слогов, но членится 6+7, а не 7+6. Слоговой состав и положение цезуры проверены построчно, ударения сверены с ямбической схемой вручную; пиррихии на месте отдельных ударений — допустимая метрическая вариация русского ямба. Имя «Михал» в русском тексте читается с ударением на втором слоге.
Название «Манерка» — старое русское слово, обозначающее походную солдатскую флягу. Оно сохраняет звуковую и смысловую связь с польским заглавием.
Основные авторские отступления: юнец, «вчера ещё щербатый», мечтает прийти с войны «весёлый и усатый» (слово «богатый» оставлено для шутки Михала, где оно отзывается эхом мечты Юзека); в насмешке над бедностью Мацея — «лишь кляча уцелела»; вместо картофеля в оригинале здесь овёс; появились народные гиперболы «с соломою в макушке» и «до угара»; рука Мацея показана через бытовую деталь — «не держит он лопаты»; встреча с незнакомцем передана через долгий взгляд и опущенный ствол; вражда выражена словами «каждый нёс другому только лихо»; финальный звук уходит «за оврагом», «шаг за шагом».
Что сохранено во всех версиях
Во всех трёх текстах сохранены: композиция из восьми этапов — от дождливого вечера у корчмы до затихающего звука у креста; рассказчик, который знает не всё, признаётся, что мог бы приукрасить, и лишь в конце сознаётся, что сам громче всех смеялся над шуткой о блохе; шутка о табаке как объяснение поступка, стоившего Мацею риска; неназванная судьба Михала («Doniosłem. Do domu.» — «Данёс я дадому» — «Донёс я. В хату»); безымянный незнакомец и четыре чужие буквы, которые ничего не сказали; двойной смысл креста — награды, о которой мечтают молодые, и придорожного креста, у которого останавливается старик; поступок Юзика вместо покаянной речи; неопределённый финал.
О смысле стихотворения«Manierka» и обе её версии — не поэма о героической войне, а рассказ о человеке, который войну пережил и спустя годы помнит не самый громкий приказ и не эффектный подвиг, а глоток воды, поданный тем, чьего имени он так и не узнал. Утром эти двое шли во враждебных рядах; ночью посмотрели друг на друга, как соседи через межу. Стихотворение не идеализирует противника и не делит солдат на хороших и плохих. Оно лишь показывает, что даже на войне, отнимающей у людей безопасность и рассудок, случается простой поступок, которого человек не забывает.
Главная особенность произведения в том, что его важнейшие смыслы остаются невысказанными. Мацей прячет свой поступок за шуткой о табаке; рассказчик скрывает собственную насмешку до предпоследней строфы; судьба Михала умещается в трёх словах, а имя незнакомца — в четырёх нечитаемых буквах. Даже перемена Юзика не названа: её выражает миска горячей еды, придвинутая старику. Нравственный вывод не произносит ни один персонаж — читатель находит его сам, в вещах и жестах.
Поэтому гавенда, укоренённая в конкретной корчме на литовско-белорусском пограничье, говорит о вневременном: человеческая память хранит не славу, а добро, и это добро бывает самым тихим из всего пережитого. Фляга, которая для старого солдата дороже орденов, становится знаком такой памяти — на польском, белорусском и русском языках одинаково.
