nie spadłem jak światło
zsypano mnie jak popiół na ziemię
dano mi cudze imię
kazano kochać tłum który mnie nie chciał
ich miasta pachniały dymem i rdzą
modlili się z głodu
patrzyłem na nich i byłem pusty
potem zobaczyłem ją na progu
boso karmiła ptaki
nie patrzyła w niebo
jej ręce były brudne od ziemi
zapytała czy długo jeszcze będę stał na deszczu
to pytanie zatrzymało moją wieczność
ten głos zgasił mój krąg
od tamtej pory przychodzę bez powodu
siadam obok i milczę
słucham jak oddycha przez sen
patrzę jak zasypia z książką na piersi
ona myśli że jestem zwykłym człowiekiem
a ja pierwszy raz chcę nim być
jak mam zbawić świat
gdy chcę ocalić tylko jeden mały pokój
jak mam mówić o miłości bez miary
gdy nauczyłem się jednej cichej i kruchej
jak mam wstąpić do nieba
gdy jej kuchnia pachnie chlebem i domem
wybacz mi ojcze
nie chcę już być światłem
chcę być cieniem przy jej drzwiach
chcę zostać i nie zbawiać
