Chłód opatulał moje ciało niczym zimny koc.
Wiatr muskał moją twarz niczym zimny okład.
Siedziałam, patrząc w górę,
próbując dojrzeć gwiazdy,
które starały się przedrzeć przez światła lamp.
Liście lekko tańczyły, szeleszcząc.
Z oddali dobiegał dźwięk aut,
lecz przypominał szum wiatru.
Różne rozmowy —
głosy mężczyzn i kobiet.
Płacz dzieci.
Przejeżdżające obok mnie auta,
które zdawały się ścigać własne światła.
Chłód otulił mój nos, policzki, stopy i dłonie.
Było to przyjemne,
niczym orzeźwiająca kąpiel w upalne dni.
Było cicho, a zarazem głośno,
lecz właśnie dzięki temu czułam.
Czułam, że jestem na tym świecie.
Czułam, że moje serce wciąż bije.
Czułam, że nie jestem jedyna.
Powieki stawały się coraz cięższe,
a głowa — lekka.
Wzrok przyzwyczajał się do ciemności.
Oczy błądziły po gwiazdach,
licząc je niczym owieczki przed snem.
Myśli odeszły razem z wiatrem.
Było tak spokojnie,
a zarazem niespokojnie.
Samolot przeleciał nad moją głową,
zakrywając niebo i moje gwiazdy.
Lecz odleciał tak szybko,
jak szybko się pojawił.
A wraz z nim odeszły moje zmartwienia.
Poczułam w środku ciepło,
choć wciąż było mi zimno.
Trawa błyszczała w świetle niczym tafla wody.
Liście — pomarańczowe, złote, czerwone i zielone —
lekko się kołysały,
jakby chciały mnie uspokoić.
I może właśnie to zrobiły…
Weszłam do środka.
Dziwne mrowienie przebiegło po mojej skórze,
niczym sto mrówek wędrujących po ciele.
Ciepło wełny otuliło mnie,
rozgrzewając tak,
jakbym stała przy kominku.
Było ciemno.
Cicho.
Pusto.
A wszystko to uciekło
wraz z zamkniętymi za mną drzwiami.
