Szedł przez życie niestrudzenie.
Raz droga pięła się stromo pod górę,
innym razem prowadziła w dół.
Nieraz stoczył się ze swej drogi,
ale za każdym razem podnosił się
i szedł dalej.
Spotykał na swej drodze inne umęczone dusze,
czasem przyjazne, czasem wrogie,
w większości jednak obojętne.
Każdy zapatrzony we własną drogę, w swój szlak.
Jedni szli w parach, inni całymi rodzinami.
I jemu się zdarzyło podróżować w takim
towarzystwie, ale ciągle czuł, że to nie jest
jego ścieżka, że zboczył już dawno
ze swojego szlaku.
Nie czuł się sobą, nie czuł się swobodnie,
zrobił się nerwowy i pełen lęków.
W końcu podjął decyzję,
by kontynuować tę drogę samotnie.
Może właśnie wtedy uda mu się
wrócić na właściwy szlak.
Może czeka go jeszcze wiele pułapek,
ślepych uliczek i niebezpiecznych zakrętów.
Po raz pierwszy od dawna miał wrażenie,
że znów podąża własną drogą.
Że jego życie staje się jego wyborem,
a nie wyborem kogoś innego.
I tak go tu zostawimy,
lekko zagubionego, pełnego strachu,
ale też i nadziei.
Zostawimy go, by sam mógł dojść tam,
gdzie tylko zechce,
gdzie tylko go nogi poniosą.
