Zamknięta.
Nieułożona.
W rozsypce.
Z potarganymi włosami,
w płaszczu bez duszy
i mrocznymi oczami.
Chwytam się wiatru
jak balustrady,
ku drodze życia,
ku miłości bez granic.
Chwieję się,
potykając o kamienie —
te, które były z mojej duszy skruszone,
te, które trzymały mnie przy ziemi.
Te same,
które okleiły moje ciało,
gdy zimny chłód mnie zaskoczył.
Te same,
które w miłości diamentami były
i radość w sobie nosiły.
Naniesione i zrzucane,
każda warstwa
mojej historii
kruszywem na drodze,
igłą w sercu.
Niepotrzebna nikomu.
Niepotrzebna mi
w drodze
po lepsze dni.
